Gdy tylko weszłam do sali, a pani zawołała dziewczynkę, ta podbiegła do mnie i rzuciła mi się na szyję. Zarówno wychowawczyni, jak i ja byłyśmy w szoku - było to przecież nasze pierwsze spotkanie. Złapała mnie za rękę i już więcej nie chciała puścić, a gdy już musiałam sięgnąć po jej kurtkę i ją puścić, prawie się rozpłakała. Ubrałyśmy się i wyszłyśmy na podwórko. Tak przez godzinę zbierałyśmy liście i patyki. Potem był mały problem ze zdjęciem kurtki i bucików - biedna pewnie myślała, że już ją zostawiam. A ja miałam w planach wymęczyć ją przez kolejną godzinę. Poszłyśmy więc pooglądać rybki, poukładać klocki i pobawić się maskotkami. Później zabrałam ją do "małpiego gaju", gdzie był wielki basen wypełniony kolorowymi kulkami. Spędziłyśmy tam ostatnie pół godziny. Z małym oporem, ale jednak grzecznie zebrałyśmy się już do swojej sali. Odprowadziłam ją i szybko się ulotniłam. Tak, żeby nie musiała przeżywać pożegnania.
Na razie nie mówi zbyt wiele. A w zasadzie nie mówi praktycznie wcale. Tylko: "tata, am, nie, mas". Jest chyba nieśmiała, bo jak ją do siebie wołam to nie przychodzi.
Na kolejnym spotkaniu zobaczę jak idzie jej rysowanie i skupienie się na oglądaniu książeczek. Spodziewałam się, że sobie ponazywamy różne przedmioty, kolory itp, ale jak na razie nie jest zbyt rozmowna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz